piątek, 23 października 2015

Gospodarcza żona



Sezon na domowe przetwory powoli dobiega końca. Po trochu i ja zaopatrzyłam swoją spiżarnię, choć nie sposób byłoby przetrwać całej zimy na tych kilku symbolicznych słoiczkach. Z pewnością jednak znajdzie się parę takich wieczorów, gdy zasiądę w fotelu konsumując własny dżemik. Ba! Na Boże Narodzenie planuję ciasto z galaretką i owocami. Wydrylowane wiśnie w kompocie leżakują już w piwnicy!

Zachwycona zaradną synową teściowa dziwiła się, kiedy - wśród tylu codziennych obowiązków i przy małym dziecku - znalazłam na to czas. Odpowiedź jest równie prosta, co rozczarowująca: wtedy, gdy ona szykowała obiad dla całej rodziny (czytaj: zamiast). Tak, moi mili - tego, kto uznać mnie chciał za gospodarczą kobietę, tego wielki zawód spotkać musi.

Dziecko me gust ma osobliwy, toteż specyficznej wymaga kuchni. Wspólna w grę nie wchodzi. Mąż zaś, jeśli na obiad ma ochotę, sam go sobie zorganizować musi. Skądinąd, co jakiś czas dopada mnie zryw na gotowanie. Moją specjalnością stały się zupy i zapiekanki makaronowe. Ostatnio pojawiły się również wypieki - drożdżówki serem i pikantne bułeczki z mąki orkiszowej. Zapachy unoszą się już od progu, a mąż nie posiada się z radości. Wie, że to chwila wyjątkowa, bo zasadniczo nie codzienna! 

W okresie kuchennego spoczynku nie sączę kawy całymi dniami. Mój przydział obejmuje pranie i odkurzanie. Do tego codzienny, dwugodzinny spacer z dzieckiem oraz rehabilitacja - i tak mija cały dzień. Mąż nie oczekuje ode mnie więcej i to jest klucz do jego obiadu. Gdy nie wywiera się na mnie presji, o wiele więcej zdziałać potrafię. Tak, że kulinarne zrywy częściej mnie nachodzą. Za chwilę zabieram się do pieczenia czekoladowego brownie. Wszelako nie znaczy to, iż stanę na wysokości zadania jako gospodarcza żona. Ta bowiem najpierw zabrałaby się za obiad, ciasto pozostawiając na trzecie..





Wiadomość z ostatniej chwili - brownie wyszło obłędnie! Do tego mus gruszkowy z nutą korzenną z własnej mini-spiżarni. Niebo w gębie!





czwartek, 15 października 2015

Bolesna miłość macierzyńska


15 października jest Dniem Dziecka Utraconego. 
Z tej okazji chciałabym poruszyć temat rodzicielstwa i macierzyńskiej miłości. Dzieciątko me żyje wprawdzie, tudzież ma się w miarę dobrze, lecz Dzień, który obchodzimy dzisiaj, skłania ku refleksjom wielopoziomowym. Nie jest moim celem ani zrażanie, ani - tym bardziej - namawianie do posiadania dzieci. Jednak patrząc wstecz przyznaję, że warto, bo dzieci, to mimo wszystko wielki skarb. Dziękuję wszystkim, którzy byli przy mnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałam.


Mój synek jest dzieckiem zaplanowanym i oczekiwanym z wielką radością. Wszystko zostało starannie przygotowane na jego przyjście i nic nie miało nas zaskoczyć. Poród przebiegł bez komplikacji, Antoś urodził się o czasie i otrzymał 10 punktów w skali Apgar. A jednak były to najdłuższe i najboleśniejsze godziny w moim życiu. Ponoć widok nowo narodzonej istotki sprawia, iż kobieta zapomina o wszystkich trudach porodu. W moim wypadku widok dziecięcia bólu nie umniejszył. Do dziś pojąć nie mogę, dlaczego wydanie na świat człowieka musi być drogą przez mękę.


Kiedy emocje w końcu opadły, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek i regenerację sił. Tymczasem okazało się, że Antoś takiej opcji pod uwagę nie bierze. Faktycznie w ciągu trzech szpitalnych dób przespałam łącznie ...dwie godziny. Nie tak to sobie wyobrażałam. Synek miał spać jak aniołek i jeść co 3 godziny, miast nieprzerwanie wisieć na piersi mej. Stało się jasne, że czeka mnie codzienna walka, aby cokolwiek zjeść bądź też wejść pod prysznic. Moje życie zostało wywrócone do góry nogami, zaś chroniczne zmęczenie i niewyspanie doprowadziło mnie na skraj wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Wtedy pojawiły się myśli w rodzaju "po co mi to było?". Mimo to, w całej tej niemocy, nie zapominałam o Antosiu - dbając, by niczego mu nie zabrakło. Przykładałam wagę zarówno do sfery cielesnej, jak też psychicznej i emocjonalnej. Tuliłam, głaskałam i całowałam swe dziecię iście podręcznikowo, niczym automat jakiś! Cierpliwość moja została w końcu nagrodzona - z każdym tygodniem łzy bezsilności odchodzić zaczęły w niepamięć. Uczyłam się swojego dziecka, uczyłam się miłości. 

Dużo rozmawiałam z innymi mamami. Wiele spośród z nich doświadczyło podobnego szoku rodzicielstwa. Jednak żadna z nich nie przyznawała się do swoich uczuć. Okazuje się, że depresja poporodowa dotyka większy odsetek kobiet niż to się powszechnie podaje. Czyżby temat tabu? Dlaczego kobiety zamykają się w sobie ze swą bezsilnością? Z jakiego powodu wstydzą się swoich emocji? Poniekąd jest to pokłosie gloryfikacji roli matki w sposób tak spektakularny, że wszelkie odstępstwo zdawać by się mogło przestępstwem. Bycie matką, to czysta radość i błogosławieństwo! MATCE nie wypada mieć w sobie nawet cienia egoizmu. Nie wolno jej - nawet czasami - mieć po prostu dość.

Niełatwo było temu sprostać, choć zewnętrznie spisałam się na medal. Wystarczy prześledzić mój profil na Facebooku. Synek i mamusia z przyklejonym uśmiechem, a wszystko to opatrzone komentarzem: "moje szczęście". Choć wtedy nie byłam jeszcze świadoma owego szczęścia. Zastanawiam się ile "szczęść" moich facebookowych koleżanek zostało podobnie odcierpianych. Czy wszystkie udajemy, czy tylko mnie rola MATKI przerosła? 

Instynkt macierzyński, to wielka siła Natury. Nawet w tych trudnych początkach, broniłabym swego Antosia, jak lwica. Dziś śmiało powiem, że kocham go najbardziej na świecie i życie bym za niego oddała.
Kiedyś trudno mi było pojąć, dlaczego Kościół katolicki wynosi na piedestał Miriam. Ot, po prostu matka i tyle. Teraz już wiem - choć trudno to sobie wyobrazić - co przeżywała Matka patrząc na mękę swojego Syna. Wszystkie religijne kwestie pozostawiam osobistej wierze (nie o tym traktuje ten post), zwracam tylko uwagę na fakt, że syn umarł na oczach swojej matki. Jak można przetrwać śmierć własnego dziecka? Niech na zawsze pozostanie to dla mnie tajemnicą!

Czy teraz - gdy dojrzałam - macierzyństwo jest dla mnie jednym wielkim uniesieniem? Otóż, nie. To, co dotychczas  jawiło mi się w kategoriach obawy, stało się moją rzeczywistością. Troska o ukochaną istotę towarzyszyć będzie mi już do końca. Pamiętam, jak mąż dał mi całodzienne "wychodne", ja zaś nie potrafiłam się w pełni odprężyć. Każde mijane na ulicy dziecko przypominało mi o synku, za którym boleśnie tęskniłam. Uświadomiłam sobie wtedy, że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Jak świat światem - nie jestem już wolna. Wiem, że Antoś kiedyś pójdzie własną drogą i nie wolno mi trzymać go w szponach nadopiekuńczej miłości. Lecz póki jest taki malutki, nawet perspektywa przedszkola napawa mnie lękiem. Chciałabym go chronić przed całym światem. I w tym sensie ta miłość boli, bo kochasz tak bardzo, że myśl o krzywdzie ukochanej istoty straszniejsza jest niż własna śmierć. Czy to kiedyś minie? Czy kiedyś zwyczajnie "wyluzuję"?

To mój Antoś 5 IX 2013, 2014 i 2015 roku: