poniedziałek, 27 czerwca 2016

50 jest w porządku


Tytuł mógłby sugerować, że będzie o wieku ..średnim, dziś jednak pojawi się wątek drogowy. Prawo Jazdy posiadam już od ponad 4 lat. Z początku prowadzić dane mi było tylko wtedy, kiedy mój mąż (wtedy jeszcze nie-mąż) użyczył mi swego pojazdu. Ma się rozumieć, sam zasiadał obok. Za kierownicą bynajmniej nie czułam się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Powiem więcej - byłam przerażona! Wiedziałam jednak, że to z czasem minie. Muszę po prostu nabyć doświadczenia. 

Sprawy trochę się skomplikowały, kiedy autko - na skutek podeszłego już wieku - dokonało żywota swego. Z pomocą przyszedł mi służbowy samochód (wtedy już) męża. Oczywiście nie mógł mi tak po prostu go pożyczać - to byłoby nielegalne - jednak co i rusz przesiadał się na miejsce pasażera, co bym z obiegu nie wypadła zbytnio. Sporo na tym zyskałam - miałam nawet okazję prowadzić "dostawczaka"! W końcu w naszym domu pojawiły się własne 4 kółka, tym samym nareszcie zaczęłam jeździć sama. Szybko nabrałam pewności siebie, tracąc niestety aż nadto na pokorze. Wprawdzie piratem drogowym nazwać mnie nie było można, bo do 100 km/h nigdy w terenie zabudowanym nie doszłam, ale od przepisowego 50 zdecydowanie bliższe było mi 70!

Co niesie ze sobą ta - zdawać by się mogło - subtelna różnica?

Przeciętna reakcja kierowcy na pojawienie się przeszkody przed jego autem i rozpoczęcie hamowania to 0,8-1 sekundy. Jeśli doliczymy do tego czas na zadziałanie układu hamulcowego wyjdzie nam 1,1-1,4 sekundy. W tym momencie samochód przejedzie odpowiednio dystans:

przy 30 km/h - 10,8-11,7 m,
przy 50 km/h - 15,3-19,4 m,
przy 70 km/h - 21,4-27,2 m,
przy 90 km/h - 27,5-35 m,
przy 110 km/h - 33,6-42,8 m.

Czas reakcji kierowcy wydłuży się, gdy ten jest zmęczony albo rozproszony. Z kolei sama droga hamowania samochodu osobowego na suchym i równym asfalcie to:

przy 30 km/h - ok. 5 m,
przy 50 km/h - ok. 13 m,
przy 70 km/h - ok. 25 m,
przy 90 km/h - ok. 42 m,
przy 110 km/h - ok. 62 m.

Zatem przy prędkości 50 km/h droga zatrzymania wyniesie ok. 32 m, natomiast przy 70 km/h będzie to już ok. 52 m.* Gdzieś pomiędzy mamy 60 km/h, czyli słynne "tylko trochę szybciej", nie narażające nas nawet specjalnie na mandat. 

To daje do myślenia. W internecie krąży film, na którym mały chłopiec na hulajnodze wyjeżdża wprost pod samochód (https://www.youtube.com/watch?v=T9ehcEyd1bU). Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż kierowca jechał przepisowo. Pojawiły się oczywiście wpisy, że gdyby chłopiec ucierpiał, byłaby to przede wszystkim wina nieuważnej matki. Powstrzymam się od reakcji na ten komentarz. Nikt nie może czuć się zwolniony z konieczności posiadania wyobraźni - ani matki, ani bezdzietni kierowcy.

Czy jadąc "tylko trochę szybciej" nie byłam świadoma powyższego? Ależ oczywiście, że byłam! Co takiego zatem się stało, że zwolniłam? Razu pewnego przyszło mi podróżować w wielkim deszczu. Polskie drogi do równych nie należą, toteż woda zalegająca w ulicznych dziurach bez przerwy zalewała mi szybę. Wycieraczki nie nadążały. Musiałam zwolnić. Po przybyciu na miejsce zdałam sobie sprawę z tego, że przejazd nie zajął mi więcej czasu, niż zwykle. Jechałam ze stałą prędkością, bez szarpania, bez nadmiernego rozpędzania, by po chwili stanąć na światłach. To było pierwsze uświadomienie sobie, że szybsza jazda w terenie zabudowanym niekoniecznie skutkuje szybszym przemieszczaniem się.

Niedługo potem w moim samochodzie zaczęły szwankować łożyska. Zbliżając się do 60 km/h samochód huczał tak niemiłosiernie, że najbardziej niecierpliwy puściłby nogę z gazu. Po niedługim czasie przyszło olśnienie - płynna jazda jest super! Mam wszystko pod kontrolą i nic mnie zbytnio nie zaskoczy. Stałam się o wiele spokojniejszym kierowcą i przestałam w duchu przeklinać innych uczestników ruchu. 

W moim mieście jest pewna kręta droga wiodąca przez las. Z powodu licznych i ostrych zakrętów dozwolona tam prędkość wynosi 40 km/h, a wyprzedzanie zabronione jest niemal na całym odcinku. A jednak ostatnio miał tam miejsce śmiertelny wypadek. Kierowca wypadł z zakrętu. Warunki atmosferyczne były korzystne. Najpewniej przyczyną była nadmierna prędkość. Nie raz doświadczyłam tam brawury innych kierowców, np. wyprzedzanie długiego, przegubowego autobusu na podwójnej ciągłej...

Tymczasem warto docenić, że w ogóle tyłek można wieźć i nie wybrzydzać zbytnio - życie zbyt krótkie jest, by się tak wszędzie śpieszyć!





__________________________________________________________

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kolejowe sentymenty


Jako że mój samochód wymagał niewielkiej naprawy, do centrum udałam się koleją miejską. Gdy tak stałam na peronie, na torze pojawił się pociąg towarowy. Mimowolnie zaczęłam liczyć wagony. Uśmiechnęłam się w duchu i wspomnienia z dzieciństwa wróciły jak żywe.

Mój nieżyjący od 19 lat tata pracował na kolei. Ponieważ zajmował wysokie rangą stanowisko, całej naszej rodzinie przysługiwały darmowe przejazdy I klasą! Utarło się, że latem tata zabierał mnie w swoje rodzinne strony na krańcach wschodnich, mama zaś zostawała z dwójką mojego rodzeństwa w domu.

Tata był typem człowieka nie odkładającego spraw na później. Skoro czekała nas długa podróż, wyruszyć należało skoro świt! Pobudka o 5 nie stanowiła dla mnie - na ogół śpiocha - problemu, gdyż z ekscytacji i tak nie mogłam zasnąć. W drodze nieodłącznie towarzyszył nam brukowiec i obowiązkowo gorzka czekolada! Tata potrafił dobijać się o "swoje", co niekiedy budziło grozę. Gdy ekspres podjeżdżał na stacje, łapał za klamkę i biegł razem z maszyną (wciąż w ruchu!) aż do wyhamowania. Niczym dzisiejsze moherowe berety pędził na łowy, w poszukiwaniu idealnego miejsca dla nas. Był to najbardziej stresujący moment. Ledwo za nim nadążałam, drżąc najpierw, czy nie wpadnie pod pociąg, a potem, czy go nie zgubię. Do dziś nie rozumiem tej gorączki, zwłaszcza, że pierwszą klasą podróżowało niewielu ludzi i przeważnie mieliśmy dla siebie cały przedział. Tak czy siak w jakimś stopniu przejęłam od niego tę zawziętość.

Pierwszą przesiadkę mieliśmy w Warszawie. Na kolejny pociąg trzeba było czekać aż 2 godziny. W dobie smartfonów - do przeżycia, ale wtedy? Okazuje się, że też. Ludzie chyba byli bardziej cierpliwi. Podróż miała swoje prawa i nikt z tym nie dyskutował. Tata kupował szneka i spokojnie siedział na ławeczce. Ja również się nie nudziłam. Ba! Miałam frajdę na miarę wesołego miasteczka, bowiem przez 2 godziny jeździłam w górę i w dół ruchomymi schodami. Urządzenia tego typu mamy dziś niemal w każdym centrum handlowym i na każdym większym dworcu. Wszelako w tamtym czasie była to atrakcja jedynie na miarę Warszawy. Czas szybko mijał i zanim się obejrzeliśmy siedzieliśmy już w kolejnym pociągu.


W Ciechanowcu (nie mylić z Ciechanowem!) zmienialiśmy środek lokomocji na PKS. W mojej głowie nie utkwiły żadne przejmujące sceny walki. Z drugiej strony prawie zawsze siedzieliśmy na pierwszych miejscach, zatem i tu tata musiał wykazać się siłą przebicia. Jazda autokarem nie "kręciła" mnie tak, jak podróż pociągiem, toteż z radością witałam nasz kolejny przystanek - Perlejewo. Był to półmetek naszej długiej drogi. Do celu pozostało zaledwie 7 km, byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby iść taki kawał z bagażami. Na kolejny PKS, który wiózł nas niespełna 10 minut, przyszło nam nie raz czekać dobrą godzinę. Na szczęście sklep spożywczy był dobrze zaopatrzony w lody. W Twarogach - Trąbnicy żegnaliśmy cywilizację i ostatnie 2 km przebywaliśmy polną drogą prosto do Miodus - Inochów.


Tutaj życie toczyło się zupełnie innym trybem. Każdego ranka budziły mnie odgłosy z pobliskiej mleczarni. Domownicy ruszali w pole, do obiadu byłam więc zdana na siebie. Tata własnoręcznie zorganizował mi kącik do gry w kosza. Niefortunnie jedyna dostępna piłka przeznaczona była do gry w siatkę, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Podjęłam oczywiście kilka prób pomocy w zbiorach, niestety wychodziło mi jedynie zbieranie prosto do buzi. Wszystko co ponad, było zbyt męczące dla miejskiej księżniczki. Aczkolwiek jedno szło mi dobrze - przyprowadzanie krów z pola na wieczorne dojenie. Właściwie wystarczyło tylko odczepić haki. Bydło samo świetnie znało drogę do domu. Tam tata - wychowany przecież na wsi - doił krówki, ja zaś ciepłym mleczkiem karmiłam kotki ...i siebie! Czułam się bezpiecznie i - mimo braku kanalizacji oraz sklepu spożywczego (ten bowiem nawiedzał wioskę dwa razy w tygodniu) - było mi tam cudownie. Tym niemniej z wielką radością wracałam do cywilizacji.

Jeszcze za życia taty rodzina z Miodus przeniosła się do Stanów Zjednoczonych, zaś po jego śmierci skończyły się dobre czasy i bezpłatne bilety kolejowe. Na horyzoncie pojawiło się jednak nowe miejsce, które co roku zaczęłam odwiedzać - Poznań. Mieszkała tam moja "stara ciotka". Kobieta bezdzietna i samotna, zgorzkniała i upierdliwa do granic możliwości. Aliści w głębi duszy miała dobre serce i tak bardzo pragnęła towarzystwa, że gotowa była opłacić podróż w obie strony każdemu, kto tylko zechce ją odwiedzić. Korzystałam z tej możliwości bodajże jako jedyna. Nikt inny nie byłby w stanie zdzierżyć humorów cioci Ziuty, choćby tylko przez tydzień. Ciocia oczywiście starała się zapewnić mi codzienne urozmaicenia w postaci najróżniejszych wypadów. Jednak największą atrakcją tej wycieczki była dla mnie jazda pociągiem ...zwłaszcza z powrotem do domu! 

Pół roku temu odeszła i ciocia Ziuta. A jednak nie odejdą w niepamięć moje sentymentalne podróże. Ostatnią - do Miodus - odbyłam ...w internecie. Umożliwiła mi to satelitarna mapa Polski Google Maps. Nie sądziłam, że będzie mi dane zobaczyć ten domek z tak bliska. Zdjęcia są z 2014 roku. Przez 20 lat nic się tam nie zmieniło!

Miodusy Inochy leżą w województwie podlaskim, w powiecie siemiatyckim, w gminie Perlejewo. Wieś została założona w wieku XV. Jak podają źródła pod koniec XIX wieku liczyła 15 domów i 81 mieszkańców (40 mężczyzn i 41 kobiet). Z kolei w roku 1921 w 25 domach żyło 108 mieszkańców, w tym 1 prawosławny i 9 żydów.

Miodusy Inochy z lotu ptaka:


Cel naszej podróży:


Jedyny nowy szczegół - znak przejścia dla pieszych:


Wejście na posesje; po lewej stronie kuchnia letnia:


Drogą po prawej stronie przyprowadzałam z pola krowy:


Pobliska mleczarnia:



Dom po przekątnej, zamieszkiwany był przez panią Mioduszewską, którą to odwiedzał o rok ode mnie młodszy wnuk - Marcin. Ma się rozumieć, dywagacje na temat naszego przyszłego małżeństwa nie miały końca!
Co się stało z owym Marcinem? Tego niestety nie wiem.
Jedno jest pewne - ożenek do skutku nie doszedł


Chciałabym kiedyś tam wrócić i zobaczyć to miejsce na żywo. Może udałoby się znaleźć kogoś, kto jeszcze pamięta Józefa z Gdańska, odwiedzającego państwa Niemyjskich z córką Basią...


sobota, 20 lutego 2016

Również i Ty mogłeś zostać "Bolkiem". Czarne i białe - a co z szarym?


Świat obiegła wieść o szafie Kiszczaka. Spekulacje na temat Wałęsy vel Bolka pojawiały się od dawna, teraz zaś zdały się potwierdzać. Wszystkich ogarnął szok i niedowierzanie na myśl o tym, że kluczowa postać Solidarności mogłaby współpracować z komunistycznymi władzami. Nie dysponuję odpowiednimi narzędziami, by weryfikować historię i tworzyć naukowe wywody. Post mój jest czysto hipotetyczny i wypływa z emocji, które mną targają. Dociekanie prawdy i ustalanie faktów zostawiam służbom i jednostkom do tego przeszkolonym. Chciałabym jedynie nakreślić pewien obraz psychologiczny.

Cierpienie oraz śmierć w obronie idei i przekonań największe znaczenie zyskało w wymiarze religijnym. Męczennik, jako najwierniejszy świadek głoszonych przekonań, to filar i wzór do naśladowania. Czy heroizm przeznaczony jest wyłącznie dla bohaterów o wyjątkowej świadomości, czy też stanowi moralny obowiązek każdego człowieka? Kościół katolicki opowiada się wprost za moralną powinnością. Błogosławiony Papież Jan Paweł II, w swojej Encyklice Veritatos Splendor, nie zachęca do męstwa w imię wiary, lecz wskazuje, że miłość Boża każe przestrzegać Przykazań Bożych i nie pozwala ich łamać, nawet dla ratowania własnego życia.

Jakiś czas temu natknęłam się na artukuł o pastorze zamieszkującym bodajże Syrię (celowo nie zadaję sobie trudu przypomnienia szczegółów, gdyż o tych chciałabym raczej jak najszybciej zapomnieć), który nie chciał wyrzec się swojej wiary. Oprawcy ukrzyżowali więc jego dziesięcioletniego syna...  Czy Kościół ogłosi teraz świętym owego chłopca? Sądzę, że jedyną wolą tego dziecka w katuszach było pragnienie, by tatuś go uratował. To może tatusia kanonizujmy za zachowanie zimnej krwi? W końcu poświęcił syna niczym biblijny Abraham Izaaka! Zatrzymajmy się chwilę przy tym ostatnim. Czy aby na pewno głos rozkazujący złożenie w ofierze zamordowanie własnego, tak długo wyczekiwanego syna, z nieba pochodził? Śmiem twierdzić za pewnym księdzem (który - nota bene - mury zakonne opuścił), że Bóg odezwał się "w samą porę", by Abrahama od przerażającego czynu powstrzymać.

Wszelako jeśli postawa Abrahama i pastora godna jest pochwały, to przyznam za Sorenem Kierkegaardem: Nie mogę uczynić wysiłku wiary, nie mogę zamknąć oczu i rzucić się z ufnością w otchłań absurdu, jest to dla mnie niemożliwe (...). W świecie doczesnym Bóg i ja nie możemy jednak rozmawiać, nie mamy wspólnego języka.*

Wracając do szafy Kiszczaka. Przeanalizujmy sytuację, w której Lech Wałęsa rzeczywiście współpracował ze Służbami Bezpieczeństwa. Być może wizja zmian zaczęła się już rodzić w jego głowie. Co zatem robić? Dać się zabić dla sprawy, czy też przeczekać, podpisując lojalkę - by w stosownym momencie, gdy idea wolności będzie silniejsza, zrealizować jej postulaty? Pamiętajmy, że na szali stało nie tylko własne jego życie. W owym czasie był już mężem i ojcem. Czemu przeto nie próbuje się wytłumaczyć? ..Bo zrozumienia nie znajdzie. Dla świata wszystko jest białe lub czarne. Nie współpracował - dobry, współpracował - zły, okoliczności - bez znaczenia. 

Raz jeszcze podkreślam, że spekulacje moje nie są podparte żadnymi badaniami historycznymi! Próbuję zrozumieć i nie potępiać. Chęć przetrwania i afirmacja życia jest czymś naturalnym i właściwym dla istoty ludzkiej. Nie umniejszam jednak roli tych, którzy swoje życie poświęcili dla Ojczyzny. Wręcz przeciwnie - to dzięki nim mogę żyć w wolnej Polsce. Kładę zatem akcent na wyjątkowość ich czynu właśnie dlatego, że nie każdy byłby w stanie dokonać takiej ofiary. Jakkolwiek nie potępiam tych, którzy nie potrafili wyrzec się swojego życia dla innych. To, co Lech Wałęsa zrobił dla naszej wolności stanowi niezaprzeczalną wartość i za to go szanuję.
...Lecz kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień...





__________________________________________
*S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie

czwartek, 17 grudnia 2015

Odwaga cywilna

W swoim ostatnim poście poruszyłam temat zapraszania osób samotnych na Święta. Nieledwie kilka dni później miałam okazję przekonać się, że pomoc drugiemu człowiekowi to trochę więcej, niż tylko dobre chęci i serce. Jest coś jeszcze - coś, co prywatnie nazywam odwagą cywilną. Jak owo pojęcie rozumiem?

Każdy z nas jest inny. Lubię się czasem wystroić, cieszą mnie komplementy i zachwycone spojrzenia ludzi. Raduje mnie również partia pierwszego fletu w orkiestrze. Solówki to wielka odpowiedzialność, ale i duma zarazem. Jednak jakaś część mnie wcale nie chce wyróżniać się z tłumu. Bycie w centrum uwagi bywa zwyczajnie męczące. Któż z nas nie ma czasem ochoty założyć czapki niewidki? Dyskretnie zająć miejsca w autobusie, by podumać niezauważonym...

I tu dochodzimy do sedna. Wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka, to nic innego jak wyjście z szeregu i skierowanie oczu na siebie. Trochę na wzór odważnego rycerza pędzącego na pomoc słabszym. Wszelako odwaga i szlachetność, to nie li tylko domena rycerza, lecz po prostu człowieka - zakładając, że z istoty jesteśmy jednak dobrzy. Mimo to o wiele łatwiej jest udawać, że nic nie widzimy. Niekoniecznie bierze się to z tzw. znieczulicy. Czasami czuję, że w środku cała wyrywam się ku bliźniemu, lecz kroku zrobić nie mogę; zupełnie jakby coś trzymało moje ciało w miejscu. Czy jest to nieśmiałość? Czy też próba uszlachetnienia jakiejś formy obojętności we mnie...

Opowiem Wam teraz, co przydarzyło mi się ostatniej niedzieli. Spóźniona na mszę, ukradkiem zasiadłam w ostatniej ławce. Jedna z dróg do parafii prowadzi przez las. Miejsce przede mną zajmował mężczyzna. Jako, że włosy i kurtkę pokryte miał zeschniętym igliwiem, domyśliłam się, iż musiał wybrać ową drogę na skróty. Poza tym wyglądał zupełnie schludnie. Nagle oczom moim ukazał się drobny szczegół - a właściwie całkiem spory - przyprawiający mnie o drżenie kolan. Otóż na kołnierzu jegomościa wygodnie rozparł się wielki, opancerzony robak. Zastanawiałam się nawet, czy nie jest to karaluch, lecz one zamiast lasu wybrałyby raczej domowe ciepełko.

Nic, co działo się wokół mnie, nie miało już znaczenia - choćby i najbardziej święte. Liczył się tylko ów robal. Jeśli stracę go z oczu, mój kołnierz może być następny. Zdarzyło mi się kiedyś wyciągać obcej kobiecie owada z włosów, sytuacja była jednak zgoła inna. Raz, że robaczek dużo mniejszy; dwa - okoliczności bardziej sprzyjające. W kościele cisza i skupienie. Gdybym zdecydowała się interweniować, zwróciłabym całą uwagę wiernych, zakłóciłabym powagę nabożeństwa. Fakt, iż pan był w podeszłym wieku, nie sprzyjał  sposobności dyskretnego załatwienia sprawy.  Przecież nie strząsnę robala na ławkę - jeszcze zawału dostanie! Staruszek, rzecz jasna, nie robal. Ten ostatni niech już lepiej siedzi tu, gdzie go mogę mieć na oku. Niebłahą kwestią było również to, czym mam owada zrzuc - przecież nie własną ręką! 

Stanęło na tym, że nie uczyniłam nic, by uratować człowieka z opresji. Siedziałam tylko jak na szpilkach, w duchu odliczając minuty do końca mszy. W pewnym momencie draństwo zaczęło się przemieszczać ...prosto pod kołnierz delikwenta. Mężczyzna musiał coś poczuć, bo podrapał się po szyi; ja natomiast opuściłam tylko głowę. Jednocześnie odczułam pewna ulgę. Bestia już mi nie zagraża - gdzie bowiem będzie jej tak dobrze, jak pod ciepłym odzieniem niczego nieświadomego nieszczęśnika!



sobota, 12 grudnia 2015

Świąteczne szaleństwo

Z radością oznajmiam, że Adam Madulski - autor blogu Subiektywnie - nominował mnie do Liebster Blog Award. To moje pierwsze wyróżnienie, zatem jako młodą blogerkę cieszy niejako podwójnie.


Zamiast zwyczajowych jedenastu pytań Adam poprosił nas o napisanie posta. Czemu zadość niniejszym z przyjemnością czynię.


Święta za pasem, tłumy w centrach handlowych, w domach porządki i gromadzenie zapasów na wielkie gotowanie. Wkrótce większość z nas zasiądzie do wigilijnej wieczerzy przy suto zastawionym stole - koniecznie dwanaście potraw. Czemu zawdzięczamy tę tradycję? Pierwotnie dwunastu daniom odpowiadało dwanaście miesięcy. Poszczególne dania stanowiły niejako podziękowanie za każdy miesiąc z osobna. Później pojawiła się symbolika apostolska. Oczywiście wszystkiego obowiązkowo trzeba spróbować, by w nadchodzącym roku niczego nam nie zabrakło.

Znaczna część świętujących niezmiennie zachowuje tę tradycję. Zastanawiam się nad sensem powyższego. Szaleństwo zakupowe, gorączka w kuchni, by następnie nie zjeść nawet połowy. Czy ktoś kiedyś przygotował i wystawił tyle, ile jest w stanie spożyć? (Chociaż nie wątpię, że poniektórzy apetyty mają imponujące.) Jestem wręcz przekonana, że spora część pieczołowicie sporządzonych wiktuałów wyląduje w odpadach "mokrych".

A gdyby tak odpuścić - sobie i innym? Do dziś przeżywam traumę, kiedy teściowa albo babcia upiera się, że koniecznie wszystkiego muszę spróbować, nawet jeśli zwyczajnie nie mam na to ochoty. W moim domu rodzinnym uzgadniamy wcześniej co chcielibyśmy zjeść i dochodzimy do konsensusu, w którym na stole pojawia się maksymalnie pięć potraw. Zapewniam, że wszyscy są zadowoleni i - co ważne - najedzeni!

Przychodzi mi na myśl rozwiązanie dla tych, którzy nie potrafią przygotować wigilii inaczej, niż "dla pułku wojska". Proponuję wypełnić dom tymi, którzy te dobrodziejstwa z radością pochłoną. Tak, by pusty talerz nie stanowił li tylko pustej tradycji. Zdaję sobie sprawę z tego, że zaproszenie do domu obcej, bezdomnej osoby, to nie takie hop siup! Obawy o to, czy ktoś nie wykorzysta naszej gościnności są w pełni zrozumiałe. Ponadto ciężko mówić o zasiadaniu do wieczerzy bez udostępnienia osobie z ulicy prysznica i świeżych ubrań, których - bynajmniej - nie ściągniemy z niej po kolacji. Do tego dochodzą wszy, pchły, oraz inne przypadłości - od których taki bezdomny z pewnością wolny nie jest. To wszystko wymaga ogromnej logistyki i mało kto jest w stanie się na to zdobyć. 

Nie postuluję jednak aż tak dalece posuniętej ofiarności. Może całkiem bliziutko - ot, dwa piętra niżej albo w klatce obok - mieszka samotna osoba lub biedna rodzina, której warto podarować coś wyjątkowego. Świąteczną kolację tudzież własne towarzystwo na ten uroczysty wieczór. Chodzi o to, by nie zatracić prawdziwego - duchowego(!) - wymiaru Świąt Bożego Narodzenia. O co nietrudno w tej niepotrzebnej, stanowczo przesadzonej krzątaninie. Jak pisał wstrzemięźliwy mnich Ewagriusz: Pragnąc więc czystej modlitwy (...) panuj nad żołądkiem. Umiarkowanie jest murem strzegącym sposobu życia, kształtowaniem charakteru (...) tchnieniem życia dla duszy. Bowiem to, co w mym poście ze wszech miar chciałam skrytykować, zwie się przesadą właśnie.



piątek, 23 października 2015

Gospodarcza żona



Sezon na domowe przetwory powoli dobiega końca. Po trochu i ja zaopatrzyłam swoją spiżarnię, choć nie sposób byłoby przetrwać całej zimy na tych kilku symbolicznych słoiczkach. Z pewnością jednak znajdzie się parę takich wieczorów, gdy zasiądę w fotelu konsumując własny dżemik. Ba! Na Boże Narodzenie planuję ciasto z galaretką i owocami. Wydrylowane wiśnie w kompocie leżakują już w piwnicy!

Zachwycona zaradną synową teściowa dziwiła się, kiedy - wśród tylu codziennych obowiązków i przy małym dziecku - znalazłam na to czas. Odpowiedź jest równie prosta, co rozczarowująca: wtedy, gdy ona szykowała obiad dla całej rodziny (czytaj: zamiast). Tak, moi mili - tego, kto uznać mnie chciał za gospodarczą kobietę, tego wielki zawód spotkać musi.

Dziecko me gust ma osobliwy, toteż specyficznej wymaga kuchni. Wspólna w grę nie wchodzi. Mąż zaś, jeśli na obiad ma ochotę, sam go sobie zorganizować musi. Skądinąd, co jakiś czas dopada mnie zryw na gotowanie. Moją specjalnością stały się zupy i zapiekanki makaronowe. Ostatnio pojawiły się również wypieki - drożdżówki serem i pikantne bułeczki z mąki orkiszowej. Zapachy unoszą się już od progu, a mąż nie posiada się z radości. Wie, że to chwila wyjątkowa, bo zasadniczo nie codzienna! 

W okresie kuchennego spoczynku nie sączę kawy całymi dniami. Mój przydział obejmuje pranie i odkurzanie. Do tego codzienny, dwugodzinny spacer z dzieckiem oraz rehabilitacja - i tak mija cały dzień. Mąż nie oczekuje ode mnie więcej i to jest klucz do jego obiadu. Gdy nie wywiera się na mnie presji, o wiele więcej zdziałać potrafię. Tak, że kulinarne zrywy częściej mnie nachodzą. Za chwilę zabieram się do pieczenia czekoladowego brownie. Wszelako nie znaczy to, iż stanę na wysokości zadania jako gospodarcza żona. Ta bowiem najpierw zabrałaby się za obiad, ciasto pozostawiając na trzecie..





Wiadomość z ostatniej chwili - brownie wyszło obłędnie! Do tego mus gruszkowy z nutą korzenną z własnej mini-spiżarni. Niebo w gębie!





czwartek, 15 października 2015

Bolesna miłość macierzyńska


15 października jest Dniem Dziecka Utraconego. 
Z tej okazji chciałabym poruszyć temat rodzicielstwa i macierzyńskiej miłości. Dzieciątko me żyje wprawdzie, tudzież ma się w miarę dobrze, lecz Dzień, który obchodzimy dzisiaj, skłania ku refleksjom wielopoziomowym. Nie jest moim celem ani zrażanie, ani - tym bardziej - namawianie do posiadania dzieci. Jednak patrząc wstecz przyznaję, że warto, bo dzieci, to mimo wszystko wielki skarb. Dziękuję wszystkim, którzy byli przy mnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałam.


Mój synek jest dzieckiem zaplanowanym i oczekiwanym z wielką radością. Wszystko zostało starannie przygotowane na jego przyjście i nic nie miało nas zaskoczyć. Poród przebiegł bez komplikacji, Antoś urodził się o czasie i otrzymał 10 punktów w skali Apgar. A jednak były to najdłuższe i najboleśniejsze godziny w moim życiu. Ponoć widok nowo narodzonej istotki sprawia, iż kobieta zapomina o wszystkich trudach porodu. W moim wypadku widok dziecięcia bólu nie umniejszył. Do dziś pojąć nie mogę, dlaczego wydanie na świat człowieka musi być drogą przez mękę.


Kiedy emocje w końcu opadły, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek i regenerację sił. Tymczasem okazało się, że Antoś takiej opcji pod uwagę nie bierze. Faktycznie w ciągu trzech szpitalnych dób przespałam łącznie ...dwie godziny. Nie tak to sobie wyobrażałam. Synek miał spać jak aniołek i jeść co 3 godziny, miast nieprzerwanie wisieć na piersi mej. Stało się jasne, że czeka mnie codzienna walka, aby cokolwiek zjeść bądź też wejść pod prysznic. Moje życie zostało wywrócone do góry nogami, zaś chroniczne zmęczenie i niewyspanie doprowadziło mnie na skraj wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Wtedy pojawiły się myśli w rodzaju "po co mi to było?". Mimo to, w całej tej niemocy, nie zapominałam o Antosiu - dbając, by niczego mu nie zabrakło. Przykładałam wagę zarówno do sfery cielesnej, jak też psychicznej i emocjonalnej. Tuliłam, głaskałam i całowałam swe dziecię iście podręcznikowo, niczym automat jakiś! Cierpliwość moja została w końcu nagrodzona - z każdym tygodniem łzy bezsilności odchodzić zaczęły w niepamięć. Uczyłam się swojego dziecka, uczyłam się miłości. 

Dużo rozmawiałam z innymi mamami. Wiele spośród z nich doświadczyło podobnego szoku rodzicielstwa. Jednak żadna z nich nie przyznawała się do swoich uczuć. Okazuje się, że depresja poporodowa dotyka większy odsetek kobiet niż to się powszechnie podaje. Czyżby temat tabu? Dlaczego kobiety zamykają się w sobie ze swą bezsilnością? Z jakiego powodu wstydzą się swoich emocji? Poniekąd jest to pokłosie gloryfikacji roli matki w sposób tak spektakularny, że wszelkie odstępstwo zdawać by się mogło przestępstwem. Bycie matką, to czysta radość i błogosławieństwo! MATCE nie wypada mieć w sobie nawet cienia egoizmu. Nie wolno jej - nawet czasami - mieć po prostu dość.

Niełatwo było temu sprostać, choć zewnętrznie spisałam się na medal. Wystarczy prześledzić mój profil na Facebooku. Synek i mamusia z przyklejonym uśmiechem, a wszystko to opatrzone komentarzem: "moje szczęście". Choć wtedy nie byłam jeszcze świadoma owego szczęścia. Zastanawiam się ile "szczęść" moich facebookowych koleżanek zostało podobnie odcierpianych. Czy wszystkie udajemy, czy tylko mnie rola MATKI przerosła? 

Instynkt macierzyński, to wielka siła Natury. Nawet w tych trudnych początkach, broniłabym swego Antosia, jak lwica. Dziś śmiało powiem, że kocham go najbardziej na świecie i życie bym za niego oddała.
Kiedyś trudno mi było pojąć, dlaczego Kościół katolicki wynosi na piedestał Miriam. Ot, po prostu matka i tyle. Teraz już wiem - choć trudno to sobie wyobrazić - co przeżywała Matka patrząc na mękę swojego Syna. Wszystkie religijne kwestie pozostawiam osobistej wierze (nie o tym traktuje ten post), zwracam tylko uwagę na fakt, że syn umarł na oczach swojej matki. Jak można przetrwać śmierć własnego dziecka? Niech na zawsze pozostanie to dla mnie tajemnicą!

Czy teraz - gdy dojrzałam - macierzyństwo jest dla mnie jednym wielkim uniesieniem? Otóż, nie. To, co dotychczas  jawiło mi się w kategoriach obawy, stało się moją rzeczywistością. Troska o ukochaną istotę towarzyszyć będzie mi już do końca. Pamiętam, jak mąż dał mi całodzienne "wychodne", ja zaś nie potrafiłam się w pełni odprężyć. Każde mijane na ulicy dziecko przypominało mi o synku, za którym boleśnie tęskniłam. Uświadomiłam sobie wtedy, że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Jak świat światem - nie jestem już wolna. Wiem, że Antoś kiedyś pójdzie własną drogą i nie wolno mi trzymać go w szponach nadopiekuńczej miłości. Lecz póki jest taki malutki, nawet perspektywa przedszkola napawa mnie lękiem. Chciałabym go chronić przed całym światem. I w tym sensie ta miłość boli, bo kochasz tak bardzo, że myśl o krzywdzie ukochanej istoty straszniejsza jest niż własna śmierć. Czy to kiedyś minie? Czy kiedyś zwyczajnie "wyluzuję"?

To mój Antoś 5 IX 2013, 2014 i 2015 roku: